Aktywność fizyczna po chorobie
Pierwsze, co zrobiłam, to zaczęłam spacerować. Najpierw powoli, po 2–3 km, ale z czasem pokonywałam coraz większe odległości. Drugie, co zrobiłam, to kupiłam hantle – 2 × 3 kg i 2 × 5 kg. Zaczęłam szperać po stronach internetowych i znalazłam treningi siłowe dla początkujących. Od czegoś trzeba zacząć.
Wprowadziłam sobie jakiś tam regularny plan i starałam się go trzymać. Ćwiczyłam dwa razy w tygodniu i trzy razy w tygodniu spacerowałam.
Wszystko jednak prysło, kiedy znów zostałam skierowana na leczenie. Cała determinacja i ta zaciętość, którą w sobie miałam, wzięła w łeb. Perspektywa przyjęcia chemio-immunoterapii trochę rozłożyła mnie na łopatki. Zwątpiłam nawet w sens jakichkolwiek ćwiczeń.
Po dodatkowych badaniach w szpitalu, kiedy odesłano mnie do domu i pozostawiono na obserwacji, moja „psycha” odżyła. Lekarz prowadzący nie widział przeciwwskazań do większej aktywności fizycznej.
Dostałam kolejny prezent od życia – czas.
Wróciłam do spacerów i ćwiczeń, ale zrezygnowałam z planów treningowych. Nic na siłę, nic na mus. Wszystko dla zdrowia ciała, dla poprawy kondycji, a nie po to, żeby wyznaczać sobie cele do pokonania czy bić kolejne „życiówki”.
Zaczęłam pokonywać większe dystanse i podnosić cięższe hantle.
Któregoś dnia, podczas spaceru, zaczęłam powoli biegać.
Ot, spróbuję...
I było w porządku.
Owszem, zakwasy się odezwały, ale jakie było moje zadowolenie, to tylko ja wiem. Cieszyłam się jak dziecko.
Dzisiaj średnim tempem pokonam 5 km.
Jestem jednak uważna. Jeśli czuję, że mam dosyć, nie szarżuję i nie próbuję niczego sobie udowadniać. Na drugi dzień po bieganiu odpoczywam albo spaceruję. Mój tryb życia jest aktywny – wszyscy, którzy mają przydomowe ogrody i sami je pielęgnują, dobrze wiedzą, o czym mówię.
Chciałabym powoli zbudować masę mięśniową i doprowadzić organizm do naprawdę dobrej kondycji. Zdaję sobie jednak sprawę z własnych możliwości. Obserwuję swój organizm, jestem pod opieką lekarza i mam regularne badania.
Pamiętajcie, że profilaktyka jest ważna.
Dlaczego Wam to piszę?
Bo może ktoś z Was jest właśnie w takim miejscu, w którym ja kiedyś byłam. Może wydaje mu się, że już nic z tego nie będzie. Że ciało nie wróci do sprawności, że trzeba odpuścić.
A czasem trzeba po prostu zacząć od małego kroku.
Jednego spaceru. Kilku ćwiczeń. Kilku minut ruchu.
Małymi kroczkami, konsekwentnie i przede wszystkim z uważnością na własny organizm.
Dla mnie sukcesem jest to, że oddycham, chodzę i jestem – w miarę swoich możliwości – sprawna fizycznie.
I dzisiaj naprawdę potrafię się z tego cieszyć :*

Komentarze